Zawsze jest nadzieja, bo Bóg jest Miłosierny – świadectwo

Dokładnie pamiętam wieczór, w którym z bezsilności krzyczałem do Boga i nie była to grzeczna modlitwa. Był to ryk bólu i oskarżenia w kierunku Boga i błaganie, żeby mi pomógł. Nie wierzyłem jednak, że coś się zmieni. Chciałem, żeby przestało boleć.
Zdecydowałem się napisać to świadectwo, żebyście uwierzyli, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach, wtedy kiedy wydaje się, że już  wszystko stracone, zawsze jest nadzieja, bo „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37).

Urodziłem się w rodzinie katolickiej. Moja mama i babcia były osobami, dla których Bóg był Kimś ważnym i tego uczyły też mnie. W tamtym czasie byłem blisko Boga – przynajmniej na tyle, w jakim stopniu dziecko może być.

Będąc w gimnazjum zacząłem oddalać się od Boga. Nie był to żaden młodzieńczy bunt. Po prostu grzech wszedł w moje życie i stopniowo, ale niezauważalnie odsuwał mnie od Boga. Grzechem tym była pornografia, która pojawiła się wraz z internetem. Nawet nie jestem pewien, czy miałem wtedy świadomość zła, w które wkraczam. Było to „coś zupełnie normalnego”, bo wszyscy tak robili. Skoro nie uznawałem tego za zło, nie miałem więc problemu, żeby w tamtym czasie chodzić (wprawdzie przymuszany przez rodzinę) do kościoła i do Komunii św.

W tamtym okresie życia zostałem mocno poraniony psychicznie przez osoby, które uważałem za moich przyjaciół. Grzech oraz zranienie sprawiły, że coraz bardziej zamykałem się w sobie.
Ukończyłem gimnazjum, później liceum. Na zewnątrz wszystko wydawało się poukładane. Byłem dobrym uczniem, odnoszącym sukcesy, miałem wymarzoną dziewczynę i dostałem się na upragnione studia.

W środku jednak stawałem się coraz bardziej zalękniony, niezdolny do życia, nieumiejący kochać. Chowałem to w sobie bardzo dobrze i często zakładałem w towarzystwie różne maski. Musiałem być w tym dobry, skoro nikt się nie połapał.

Na początku studiów zrozumiałem, że jeśli nadal będę trwać w takim stanie, nie czeka mnie nic dobrego. Ukrywanie problemów sprawiło, że nie mogłem udać się do nikogo po pomoc. Zacząłem więc czytać różne książki psychologiczne. Szybko jednak zorientowałem się, że nie oferują one łatwych i natychmiastowych rozwiązań, jakich szukałem.

W tamtym czasie pod wpływem rozmów z kolegami zainteresowałem się hipnozą. Szybko pojawiło się u mnie zaciekawienie także innymi tematami z zakresu parapsychologii i duchowości: autohipnozą, medytacją itd.

Praktyki opisane w czytanych przeze mnie książkach obiecywały łatwy i szybki sposób na pozbycie się problemów z psychiką poprzez „przeprogramowanie” umysłu. Wizja świata zawarta w tych książkach była dla mnie spójna i sensowna, oparta na energiach, częstotliwościach fal mózgowych i podświadomości.

Po kilku miesiącach, za namową kolegi postanowiłem, że udam się na kurs metody Silvy – reklamowany jako kurs zwiększający możliwości umysłu, niby zgodny z chrześcijaństwem, ale w rzeczywistości był to kurs magii i spirytyzmu.

Dwa pierwsze dni tego kursu pokazywały różne pseudopsychologiczne metody, które pozwalały rzekomo zwiększyć możliwości zapamiętywania i poprawić wydajność umysłu. Ostatniego dnia uczono nas, w jaki sposób można diagnozować choroby i leczyć je na odległość. Było to niesamowite, kiedy na własnej skórze przekonałem się o istnieniu rzeczywistości, której nie znałem, a która faktycznie działała. Dziś wiem, że był to spirytyzm i że wiedza ta pochodziła od demonów.

Po ukończeniu kursu zacząłem z zapałem praktykować swoje nowe umiejętności i opowiadać o tym „magicznym” świecie mojej rodzinie. W tamtym czasie los, a raczej sam Bóg sprawił, że musiałem zrobić przerwę w studiach. Miałem jechać do pracy za granicę, ale różne okoliczności sprawiły, że nagle mój wyjazd został odwołany.

Wylądowałem z mnóstwem wolnego czasu w domu rodzinnym. Nie byłem specjalnie zmartwiony tym faktem, myśląc, że teraz odpocznę od studiów i będę miał czas na medytację, a tym samym na poprawienie swojego stanu psychicznego.

Z zapałem zaangażowałem się więc w te praktyki, ale miesiące mijały, a mój stan psychiczny zamiast się poprawiać, pogarszał się. Do wcześniejszych problemów zaczęły dochodzić dodatkowe – stawałem się coraz bardziej smutny i znerwicowany.

Działy się ze mną dziwne rzeczy: coraz częściej śniły mi się horrory i budziłem się w panicznym strachu. Bałem się usnąć, bo miałem wrażenie, że ktoś jest ze mną w pokoju. Czasem też, medytując, miałem uczucie, jakby ktoś mnie dusił. Przyszły też myśli samobójcze…

Moje życie zaczęło tracić sens. Przed samobójstwem powstrzymywała mnie myśl, że jeśli reinkarnacja jest prawdziwa, to nawet gdy się zabiję, to wcielę się znowu i będzie tak samo, a jeśli chrześcijaństwo jest prawdziwe, to wtedy pójdę do piekła…

Szczęśliwie, nawet w tym moim stanie, Bóg o mnie nie zapomniał. Pierwszy promień nadziei się pojawił, gdy kolega moich rodziców powiedział mi, że medytacja, którą stosuję, jest niebezpieczna, i polecił, żebym posłuchał świadectwa o. Jacques’a Verlindego.

Pewnie bym zignorował „kolejnego nawiedzonego”, gdyby nie fakt, że był on doktorem fizyki (co mi zaimponowało). Teraz wiem, że była to interwencja Ducha Świętego.

Po wysłuchaniu świadectwa o. Verlindego otworzyły mi się oczy – zobaczyłem siebie w jego historii i poznałem, że to, co robię, jest źródłem moich problemów.

Przestałem odtąd praktykować medytację i poszedłem do spowiedzi. Od tego momentu zniknęły wszystkie nadzwyczajne doświadczenia.

Na tym nie skończyły się jednak moje problemy. Prawdziwe jest słowo Pisma, że „duch nieczysty powraca do wymiecionego domu” i „stan człowieka staje się jeszcze gorszy” (por. Mt 12,43-45).

Tak właśnie było ze mną – pomimo spowiedzi rozwiązania swoich problemów ponownie zacząłem szukać w psychologii. Mój stan się pogorszył – byłem w depresji.

Budziłem się rano każdego dnia z przeświadczeniem, że nic dobrego nie może się już wydarzyć, a życie nie ma sensu. Nie widziałem powodu, aby wstawać z łóżka i walczyć.

Mój dzień składał się tylko z jedzenia oraz oglądania filmów i seriali. Dodatkowo uzależniony byłem od pornografii, masturbacji i palenia. To wszystko sprawiało, że chociaż przez krótką chwilę czułem się bardziej żywy. Za chwilę jednak czułem się jeszcze gorzej.

Egzystowałem tak kilka miesięcy, aż do pewnego wieczoru. Moi rodzice wyjechali na wakacje, a ja zostałem na dwa tygodnie sam w domu. Samotność, smutek i mój duchowy paraliż sprawiły, że czułem się naprawdę zmiażdżony psychicznie.

Pamiętam dokładnie ten wieczór, w którym zacząłem krzyczeć do Boga z bezsilności. Nie była to grzeczna modlitwa, tylko ryk bólu i oskarżenia w kierunku Boga, a potem błaganie, aby mi pomógł.

Nie wierzyłem chyba, że coś się zmieni – po prostu chciałem, żeby przestało boleć. Zmęczony wszystkim zasnąłem.

Następnego ranka obudziłem się z radością w sercu. Pamiętam to jak dziś. Po raz pierwszy zauważyłem, że jest lato, że świeci słońce i pachną kwiaty. Miałem wrażenie, jakby ktoś nagle odsłonił zasłony i otworzył okno w ciemnym pokoju, w którym siedziałem zamknięty przez ostatni rok. Wreszcie mogłem oddychać świeżym powietrzem.

Bardzo się zdziwiłem, gdy się okazało, że nie muszę oglądać już filmów czy sięgać po pornografię – byłem wolny od wszystkich swoich nałogów!

Chcąc poznać Tego, który mnie wybawił, zacząłem czytać Pismo św. Nagle zrozumiałem, co znaczą zapisane tam słowa. Były one żywe i opowiadały moją historię:

„Jam jest Pan, Bóg Twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (Wj 20,2).

To był początek wspaniałej drogi pełnej łaski i uzdrowienia moich zranień, po której zaczął prowadzić mnie Bóg. Mógłbym przytoczyć wiele wspaniałych cudów, które Jezus uczynił dla mnie w kolejnych latach.

Jeśli jesteś w tak trudnej sytuacji, jak ja byłem, lub wydaje ci się, że wszystko jest stracone, mam dobrą nowinę – jest nadzieja w Bogu!

„Mówił Syjon: »Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał«. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,14-15).

Gdy byłem dzieckiem, w kościele mówiono, że Bóg jest dobry i miłosierny. Odpowiadałem: „Tak jest”, ale niewiele się nad tym zastanawiałem. Dopiero gdy Jezus uratował mi życie – choć na to nie zasługiwałem – doświadczyłem, że On jest naprawdę miłosierny i dobry. Znaczenia dla mnie nabrał też fakt, że Bóg naprawdę istnieje i że ja Go potrzebuję.

Później dojrzałem do tego, by Mu powiedzieć, że Go kocham i że chcę, aby był obecny w moim życiu. Nie czekaj do końca życia, aby poznać Boga. Poznawaj Go już teraz, a przekonasz się, że twoje życie zmieni się na lepsze. Jezus mówi:

„Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20).
Tomek
źródło: milujciesie.org.pl