Jedyny polski ksiądz pracujący w Sudanie

Polski ksiądz Ryszard Sajdak marzył, by wyjechać na misje do Chin, a trafił do Afryki. Kiedy przygotowywał się na starcie z komunistycznym reżimem, znalazł się w sercu islamu. Miał też napisać doktorat z teologii w Rzymie, a został założycielem szkół katolickich w buszu. Przeszedł przez wszystkie choroby tropikalne, dwa razy prawie umierał. Choruje na chroniczną malarię, lecz ewangelizuje dziesiątki tysięcy afrykańskich uchodźców. Jest salezjaninem i jedynym polskim kapłanem, pracującym w Sudanie.

O księdzu Ryszardzie Sajdaku dowiedziałam się przy okazji kanonizacji siostry Bakhity w Rzymie, w 1999 r. Zamierzał przyjechać na tę uroczystość, lecz w ostatniej chwili musiał zrezygnować. Otrzymałby pozwolenie na opuszczenie Sudanu, ale nie mógłby już do niego powrócić.

Tamtejszy fundamentalistyczny islamski rząd utrudnia, jak tylko może, przybywanie do kraju misjonarzy chrześcijańskich. Księdzu Ryszardowi przed kilkunastu laty udało się niemal cudem tam przyjechać po dwóch latach oczekiwania na wizę.

Mniej więcej rok po uroczystości w Rzymie przyjechałam z ekipą telewizyjną do Sudanu, do Chartumu, z zamiarem zrobienia filmu o tamtejszym Kościele. Zostaliśmy przyjęci niezwykle ciepło przez księdza Ryszarda i zamieszkaliśmy w założonej przez niego szkole zawodowej dla najuboższych. Uczęszcza do niej ośmiuset chłopców, chrześcijan i muzułmanów, którzy na zakończenie swojej edukacji otrzymują oprócz dyplomu skrzynkę z narzędziami.

Kiedyś, jeszcze przed zamachem stanu i dojściem do władzy fundamentalistów w 1956 r., Chartum posiadał uniwersytet, którego dyplomy magisterskie uznawane były na całym świecie. Obecnie uczelnia jest w rękach panującej władzy i straciła swój prestiż.

Za to na bardzo wysokim poziome są prywatne szkoły katolickie, osobne dla dziewcząt i chłopców, prowadzone – obok salezjanów – przez inne zakony, na przykład przez siostry ze zgromadzenia Matki Teresy z Kalkuty.

O ich wysokim poziomie świadczy choćby fakt, że do szkół tych uczęszczają dzieci czołowych polityków muzułmańskich! Zaskakujące: uczą się one z dziećmi z rodzin chrześcijańskich, przebywają w klasach, gdzie wisi krzyż i mogą brać udział w nauce religii katolickiej, ucząc się jednocześnie Koranu.

Wojna

Tocząca się od ponad dwudziestu lat wojna domowa w Sudanie spowodowała niewyobrażalną biedę i olbrzymi exodus ludności z Południa na Północ oraz do sąsiadujących krajów. Ta wojna, ogłoszona kiedyś przez rząd świętą wojną – dżihadem, od kilku lat jest wojną ekonomiczną.

Nieustanne bombardowania południowych terenów kraju mają na celu wywołanie atmosfery terroru i spowodowanie ucieczki głównie chrześcijańskiej ludności, która „przeszkadza” rządowi islamskiemu w swobodnym dostępie do złóż ropy naftowej.

Akcję tę, bez rozgłosu i „w białych rękawiczkach”, wspierają największe koncerny naftowe (głównie z Kanady, Francji, Szwecji i Chin), które inwestują w wiercenia bardzo duże pieniądze. Żyjąca w nieustannym strachu i dziesiątkowana bombami, głodem i chorobami ludność osiedla się miedzy innymi wokół stolicy – Chartumu. Atakowana z powietrza i lądu, grabiona i gwałcona, porzuca swoją urodzajną ziemię i koczuje wokół miasta na pustyni.

Ludzie klecą sobie szałasy z kartonów i odpadków tworząc gigantyczne slumsy. Dwa miliony pozbawionych środków do życia biedaków wegetuje wokół 500-tysięcznego miasta. Pomoc tym ludziom oczywiście nie leży w interesie rządu, który najchętniej pozbyłby się Afrykańczyków, w większości chrześcijan.

Wszelka akcja humanitarna spoczywa na barkach chrześcijańskich misjonarzy, którzy dzięki pomocy Kościołów z krajów zachodnich – głównie niemieckich organizacji charytatywnych – usiłują ratować tych ludzi, ofiarując im przynajmniej podstawowe wykształcenie, elementarną opiekę medyczną i wsparcie duchowe.

Sytuacja Kościoła

Sytuacja katolików i wyznawców islamu w Sudanie jest skrajnie odmienna. Trzeba pamiętać, że od drugiej połowy lat pięćdziesiątych, czyli od momentu uzyskania niepodległości przez Sudan (będący dotąd kolonią brytyjską), obowiązującym prawem jest szarijat – radykalne prawo islamskie. Podlega mu każdy, bez względu na wyznanie. Kary publicznej chłosty czy obcinania rąk są na porządku dziennym. Dzieło islamizacji objęło wszystkie dziedziny życia społecznego i kulturalnego.

Na olbrzymich połaciach Południowego Sudanu rozrzucone są po wioskach lokalne plemiona i szczepy m.in. bardzo wysocy i smukli Dinka i Nuer. Od połowy XIX w. docierali do nich misjonarze, zwłaszcza ojcowie Kombonianie, lecz nie wytrzymywali trudnych warunków klimatycznych i śmiertelnych dla Europejczyków chorób.

Od wybuchu wojny na Południu pracuje niewielu misjonarzy. Wielkim problemem dla Kościoła jest tam, powszechna nawet wśród ochrzczonych, poligamia oraz przywiązanie do tradycyjnych wierzeń.

Ludzie ci wymagają nieustannej opieki duszpasterskiej i formacji. Jednak temu zadaniu nie mogą sprostać nieliczni lokalni księża. Ci, o ile udało im się przetrwać mimo ekspansywnej islamizacji, do pracy na wielkich obszarach mają do dyspozycji w najlepszym wypadku stare rowery.

Jedyne na Południu seminarium w mieście Wau, zostało zlikwidowane i przeniesione do Chartumu. Przygotowuje się w nim do kapłaństwa kilkudziesięciu kleryków, lecz cóż to jest w morzu tak ogromnych potrzeb?

Na Północy chrześcijanie nie mają szans na podjęcie dobrze płatnej pracy. Wywożą śmieci, pracują w kamieniołomach, chwytają się dorywczych robót. Jeśli na ogłoszenie o pracy zgłosi się pięciu kandydatów, z których czterech byłoby katolikami, a piąty muzułmaninem, pracę dostanie muzułmanin, nawet jeśli byłby gorzej wykwalifikowany. Jak sobie więc radzą miejscowi katolicy?

„Niektórzy z nich, jeśli potrzebują pieniędzy, idą w piątek do meczetu, a jeśli potrzebują Boga, idą w niedzielę do kościoła” – relacjonuje ze śmiechem biskup Wacho, głowa Kościoła Katolickiego w Sudanie.

Jak wygląda sprawa chrztu? Dla wyznawców religii tradycyjnych nawrócenie na katolicyzm jest możliwe, natomiast jest ono formalnie zakazane dla wyznawców islamu. Grozi za to kara śmierci. W mieście istnieje katedra katolicka, zdolna normalnie pomieścić 3-4 tys. ludzi. W Jubileuszowe Boże Narodzenie przybyło na pasterkę co najmniej kilkanaście tysięcy osób. Był tak wielki tłum, że wiele osób trafiło do szpitala.

Ksiądz Ryszard

Pomimo wrogiego dla katolickiej wiary klimatu, ksiądz Ryszard zdobywa sobie przyjaciół nawet pośród tych, którzy z urzędu powinni być mu nieprzychylni. Ksiądz Ryszard ma do tego niezwykły charyzmat. Ze swoim pogodnym usposobieniem, z wielką dobrocią i szczerością, które zdradzają jego duże błękitne oczy, potrafi nie tylko nie narazić się, ale wręcz zjednać sobie ludzi i w efekcie „robić swoje”. A dokonuje czasami cudów.

Zanim ksiądz Ryszard przybył do Chartumu, zaczynał swą misyjną przygodę na Południu, w mieście Wau: przy lampce naftowej usiłował nauczyć się arabskiego i zaliczał kolejne choroby.

Założył tam szkołę zawodową dla chłopców, która funkcjonuje już bez niego: naraził się miejscowej władzy i zmuszono go do przeniesienia się na Północ. Gdyby władza wiedziała, czego dokona na Północy, pewnie pożałowałaby swego kroku!

Po założeniu szkoły zawodowej dla chłopców ksiądz Ryszard stara się nie tylko o jej zwykłe funkcjonowanie, ale także o zapewnienie chłopcom przynajmniej jednego posiłku dziennie. W poligamicznych rodzinach, liczących od 20 do 40 dzieci, większość z nich umiera z niedożywienia i nie leczonych chorób.

Codziennie o siódmej rano, przed rozpoczęciem zajęć w szkole Don Bosco w Chartumie, wszyscy uczniowie bez względu na wyznanie gromadzą się na placu i słuchają księdza Ryszarda, który wyjaśnia im przypadający na dany dzień fragment z Ewangelii.

Rzecz niezwykła: ksiądz nie tylko nie idzie do więzienia za szerzenie publicznie innej wiary, ale otrzymuje pozwolenie na budowę kolejnej szkoły w mieście! Jedyny teraz problem, to znalezienie odpowiednich funduszy. Ksiądz Ryszard podchodzi jednak do tego problemu spokojnie. Ma wielu przyjaciół w Europie, na których pomoc liczy.

Rząd sudański usiłuje pokazać na arenie światowej, że w kraju panuje wolność religijna. Legitymują się w tym względzie faktem, że w krajowej telewizji istnieje program katolicki: 30 minut emisji na tydzień, w niedzielę rano.

Polski misjonarz wykorzystuje skwapliwie tę oszukańczą wizytówkę władz: jako współtwórca programu postarał się o kamerę, nabywa wartościowe filmy i… wyświetla je ludziom na pustyni. Niezbędny do urządzeń video prąd czerpie z akumulatora starej ciężarówki. Nie wiadomo, w jaki sposób udaje mu się zdobyć wielkie ekrany.

Jak to wszystko działa pod okiem czujnej władzy, która nie może tego nie widzieć? Nie można bowiem nie zauważyć piętnastotysięcznej procesji świątecznej, jaką ksiądz Ryszard przeprowadził przez całe miasto do katedry, i to w środku ramadanu? Kolejny cud: procesja dostała nawet ochronę policyjną.

Kolejnym rozdziałem nieprawdopodobnej historii księdza Ryszarda był Rok Jubileuszowy. W ciągu tego całego okresu ksiądz nie spędził nawet tygodnia na jednym miejscu, przemieszczał się od jednej parafii do drugiej, wędrując tak po całym Północnym Sudanie.

Trzeba dodać, że na każdy wyjazd z miasta misjonarz potrzebuje specjalnego zezwolenia władz. W każdej parafii trzeba było budować podium, ołtarz, nagłośnienie. Z okazji Wielkiego Jubileuszu biskup Wacho wyszedł z inicjatywą przeprowadzenia rekolekcji ewangelizacyjnych we wszystkich porozrzucanych na pustyni parafiach.

Podróż księdza Ryszarda przypominała nieco wyprawę Stasia i Nel, tylko że oni mieli wielbłąda, a ksiądz Ryszard zdezelowaną ciężarówkę. Rekolekcje trwały zawsze od czwartku do niedzieli wieczór, pozostałe trzy dni ledwie wystarczyły na przemieszczenie się i przygotowanie kolejnego ołtarza i nagłośnienia. Prąd pochodził z akumulatora, nagłośnienie ksiądz Ryszard skonstruował sam (skończył kiedyś technikum mechaniczne).

Akcję tę nie tylko zaproponował, lecz także niezwykle ofiarnie wspierał sam ksiądz biskup. Za każdym razem przyjeżdżał z naukami i prowadził nocne adoracje z czwartku na piątek. Wraz z księdzem Ryszardem spowiadał, chrzcił, błogosławił parom, które od wielu lat żyły bez ślubu. Praca dwadzieścia cztery godziny na dobę była niezwykle owocna.

Pewnego dnia ksiądz Ryszard zaprosił nas na przyjęcie w ambasadzie koreańskiej. Opierałam się wymawiając się brakiem odpowiedniego stroju i powodu, dla którego mielibyśmy (ja z operatorem) tam iść. Ksiądz jednak nalegał i nie było możliwości, aby się mu przeciwstawić.

Przyjechały dwie limuzyny i zabrały nas do otoczonego imponującym ogrodem gmachu ambasady. Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi białymi. Uświadomiłam sobie, jak bardzo cenioną postacią musi być ksiądz Ryszard, skoro zaproszono go na tę uroczystość jako gościa honorowego.

Kiedy przyjęcie dobrze się już rozkręciło, każdy przy akompaniamencie zespołu miał zaśpiewać na scenie tekst piosenki – po angielsku lub koreańsku. Powiedziałam, że nic z tego, nie znoszę publicznych wystąpień i nie będziemy śpiewać ani po koreańsku, ani po angielsku.

Ksiądz Ryszard jednak stwierdził, że śpiewać będziemy i to we trójkę. Zaproszono nas, abyśmy zaśpiewali coś po polsku. „Stokrotka rosła polna…” – zaproponowałam sarkastycznie.

Ksiądz Ryszard zdecydował jednak, że zaśpiewamy kolędę. Bojąc się, że z wrażenia zapomnimy słów, napisałam tekst na serwetce. Kiedy przyszła nasza kolej, zaśpiewaliśmy „Przybieżeli do Betlejem” – polską kolędę, w marcu, w koreańskiej ambasadzie w centrum islamskiego kraju! Wiele już przeżyłam w czasie moich licznych podroży po świecie, ale to przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
wywiad z Agnieszką Dzieduszycką
źródło: milujciesie.org.pl

You may also like...

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *